Pamiętam rozmowę, którą usłyszałem kiedyś mimochodem - w korytarzu po spotkaniu ze spółką. Kilku inwestorów porównywało swoje portfele, ale nie przez wynik, lecz nawiązując do struktury portfela. Szybko przerodziło się to w standardową licytację na minimalizm.
To ciekawe zjawisko: często zdarza się, że koncentracja portfela zaczyna pełnić rolę symbolu kompetencji. Im mniej pozycji, tym bardziej „profesjonalnie” brzmi jego posiadacz. Na dodatek mało spółek oznacza, że „masz jaja”.
Z drugiej strony, gdy przeglądamy portfele profesjonalistów w cyklu Co robią grube ryby, nie rzadko znajdziemy tam struktury zawierające się w przedziale 100-150 pozycji. Nawet biorąc pod uwagę, że omawiany tam „portfel polskich spółek” to jednak konglomerat znalezisk w kilku funduszach. I raczej (z małymi wyjątkami), nie są to fundusze indeksowe.
I tu pojawia się pytanie, które wraca do mnie regularnie w różnej postaci: to ile spółek powinno być w portfelu?
Między koncentracją a rozproszeniem [newsletter]
Pełna treść opracowania jest dostępna dla użytkowników BR Premium i BR MAX